PL EN

Trójka nieznajomych

Do RPA przyjechali razem choć nie znali się wcześniej. Z takimi podróżami zwykle wiąże się ryzyko, że coś nie wyjdzie. Aby przetrwać wspólnie ten czas podróżowania po Afryce przez dwa tygodnie musieli się poznać i "dograć". Gdy trzy kobiety (gaduły) towarzyszą jednemu mężczyźnie może być różnie - na szczęście Jurek okazał się wspaniałym towarzyszem i mężczyzną przy naszym boku… Troje dorosłych ludzi z różnymi nawykami potrafiło "odłożyć na bok" różnice. Mogliśmy przeżyć razem podróż ich życia na tym kontynencie…

Przejechaliśmy ponad 6600 km wzdłuż i wszerz południowej Afryki - na tyle pozwolił nam czas… Zalani słońcem, błękitem nieba, zadziwieni kolorami, egzotyką i pięknem dzikiej Afryki pokochali tę część kontynentu. Bogactwo i różnorodność kultur, ubiorów, jedzenia, muzyki, którą poznawali podczas podróży pomału kształtowała obraz zupełnie innej Afryki niż sobie wyobrażali… Piękno Kapsztadu i zupelnie innego Johannesburga zmieniła ich spojrzenie na RPA… Mam nadzieję, że zdjęcia choć w części przekażą to, co przeżyli podczas tych dwóch tygodni podrózowania po tym pięknym kraju…

Witam! Nazywam sie Mariola i chciałam podzielić się z innymi na temat mojego pobytu w RPA u pani Małgorzaty Komendery. Pobyt wspominam bardzo serdecznie a kraj, jako wyjątkowo piękny i godny polecenia . Afryka jest piękna, z Gosią cudna... Gosia potrafi wyjątkowo pięknie, z miłością i pasją pokazać Afrykę. Dziękuję z całego serca że to z nią mogłam ją zwiedzić. Gorąco pozdrawiam Mariola Piorecka .

Nadszedł tak długo oczekiwany moment. Wyjeżdżamy. Spełniają się marzenia. Samolot ląduje w Johannesburgu. Przez okno widzimy dywany kolorowych pól i upragnione słońce, którego ostatnio w Polsce było jak na lekarstwo. Odprawa i wreszcie spotkanie z Gosią i Krzysiem. Po krótkim przywitaniu zostawiamy Krzysia i wyjeżdżamy w kierunku Drakensbergu. Program mamy bardzo bogaty i sporo do zobaczenia w ciągu naszego 16-dniowego pobytu. Musimy dotrzeć na nocleg. Widoki jakie pojawiają się podczas podróży zapierają dech w piersiach. Góry inne od naszych polskich - ze ściętymi szczytami, kolorowe, niejednokrotnie stojące samotnie na dużych połaciach zieleni, kilometry ciągnących się wzdłuż drogi kosmosków. Pogoda płata nam jednak figla. Pojawiają się chmury i zaczyna padać. Wyjście w góry odpada. Postanawiamy zmienić plan wycieczki. Jedziemy do Catedral Peak - wspaniały kompleks hotelowy położony w samym środku gór. Obrazy pojawiające się przed naszymi oczami powodują, że nawet na moment nie odkładamy aparatów. Chciałoby się zatrzymać każdy widok na zawsze. Przełęcze, aksamitne góry, kolorowe samotne skały, spotkanie z miejscowymi dzieciakami a nawet stadko kolorowych krów, to wszystko wywołuje w nas zachwyt. Niemałą atrakcją są pawiany siedzące na drodze - takiego widoku w Polsce nie uświadczysz - a Gosi nie udaje się powstrzymać nas od nie wychodzenia z samochodu. Wracając z Catedral Peak skręcamy do Spioenkop Dam. To tutaj spotykamy różne gatunki zwierząt. Wrażenie robi stado wolno pasących się żyraf w pobliżu drogi. I znowu łamiemy zakaz nie wychodzenia z samochodu. Pokusa, aby znaleźć sie w pobliżu tych pięknych zwierząt jest tak silna, że Gosia jest bezradna. Zwierzęta przyzwyczajone są do samochodów, ale na widok ludzi reagują z dużym zaciekawieniem. Zatrzymujemy się często, aby sfotografować pojawiające się na naszej drodze zwierzęta i krajobrazy. Żyrafy, zebry, antylopy wszytko to chodzi sobie wolno, a my z wypiekami na twarzy robimy zdjęcia.

Kolejnym celem naszej podróży był Kapsztad. Piękne miasto, gdzie ścierają się różne kultury. Nad miastem piecze sprawuje Góra Stołowa. na którą wiezie nas kolejka. Spacer w promieniach słońca, widok na Kapsztad, roślinność, małe jaszczurki i oczywiście robilismy zdjęcia. W samym sercu miasta zajrzeliśmy do fantastycznego kompleksu hotelowo-wypoczynkowego PINK NELLY. To wszystko pozostanie w naszej pamięci. Na uwagę zasługuje profesjonalizm Gosi, która nam to wszystko zorganizowała. Kolejnym punktem naszej wyprawy był Cape Town i Cape Point. Był piękny słoneczny dzień z niewielkimi chmurami na niebie i bardzo silnym wiatrem. Podziwialiśmy piękne widoki, błękit Oceanu Atlantyckiego, roślinność. Po drodze niedaleko Cape Town przechadzały się ze stoickim spokojem strusie. Trzeba przyznać, że widok ten nas zupełnie zaskoczył. Podczas naszej podróży przez cały czas robiliśmy zdjęcia. Na Cape Town Wiatr był tak silny, że trudno było utrzymać się na nogach. Fale Oceanu z hukiem rozbijały się o skały a kropelki słonej wody unosiły się w powietrzu, co znacznie utrudniało robienie zdjęć. Gosia pomimo że była tu już któryś raz, nie pamiętała tak silnego wiatru. Wyspa Pingwinów - Simon Town, wspaniała ryba hock przygotowana w przyportowej restauracji i zimne piwo to chwile jakich się nie zapomina. I choć Ocean straszył zimną wodą i spienionymi falami nie przepuściliśmy okazji aby choć na chwilkę spróbować kąpieli. Wreszcie to Przylądek Dobrej Nadziei a z takich okazji sie nie rezygnuje.

Realizując nasz bardzo napięty program zatrzymywaliśmy się w pięknych malowniczych miasteczkach takich jak Stellenbosch, Franschoek gdzie w miejscowej winiarni wpadliśmy na degustację wina. W małym portowym miasteczku Hout Bay spotkaliśmy dziką fokę zaprzyjaźnioną z miejscowym chłopakiem. Oboje na potrzeby turystów pięknie pozowali do zdjęć a zwłaszcza foczka. Zachodzące słonce oświetliło pobliskie skały, które przybrały kolor złoty i pięknie odbijały się w wodzie. Pustynia Tankwa ,,kamienista porośnięta o tej porze wysuszonymi trawami i pojawiające się co rusz antylopy oraz kolorowe o różnorodnych kształtach góry, punkty widokowe nad przepaściami. Szybko zapadający zmierzch, prześliczny zachód słońca i niebo pełne gwiazd. Nocleg na pustyni w domku bez światła, z kuchenką na butlę i posiłek ugotowany przez nas spożywany w blasku lamp naftowych. To wszystko sprawiło, że ta chwila stała się magiczna. Podczas naszej podróży zajechaliśmy do bardzo ciekawego miasteczka z jedną ulicą o długości ok.500 m - Matjesfontein, w którym domy o białych ścianach zostało wybudowane w XIX wieku przez bardzo bogatego człowieka Lorda Millera. Jest tam wszystko: stacja kolejowa przez którą przejeżdża ekskluzywny pociąg wiozący turystów na Cape Town, jest poczta, hotel i oczywiście restauracja, która serwuje przepyszne naleśniki. Jest tam też przepiękny park z palmami i stary cmentarz, gdzie spoczywają członkowie rodziny Lorda Millera. Kolejnym punktem naszej wyprawy były odwiedziny w Lion Park - Ukuthula. Prawie dwugodzinny spacer z młodymi, dwuletnimi lwami to niezapomniane wrażenie, a zabawa z małymi lewkami i tygryskami przerosła nasze oczekiwania. To niesamowite uczucie trzymać takiego malucha na rękach i tulić go do piersi. To wszystko przeżywaliśmy dzięki organizatorce naszej wyprawy - Gosi, która przez cały okres była nie tylko naszym kierowcą ale i fantastycznym przewodnikiem, kopalnią wiedzy, osobą która w bardzo profesjonalny sposób zorganizowała nam cały pobyt.

Naszą następną bazą był kilkudniowy pobyt w Crystal Springs - przepięknym ośrodku wypoczynkowym w jednym z wielu domków położonych na skraju przełęczy z widokiem na pasmo gór. Tam też siedząc sobie na tarasie i obserwując zachód słońca usłyszeliśmy dziwne odgłosy. Odwiedziła nas tamtejsza dzika świnia - Warthog. Była ranna, chyba stoczyła jakąś walkę, ale przyjaźnie pokwikiwała i choć był zakaz dokarmiania zwierząt to my jednak poczęstowaliśmy ją herbatnikami. W podziękowaniu pomachała nam ogonkiem i odeszła. A my oczywiście przez cały czas robiliśmy zdjęcia. To w Crystal Springs spotkaliśmy na środku drogi żyrafę obgryzającą akację. Wielokrotnie przed maską naszego samochodu przemykały antylopy i perliczki i świnki. Ciekawostką był olbrzymi kaktus, który zakwita tylko nocą, w ciągu dnia płatki zamykają się w pączki. W programie mieliśmy do odwiedzenia kilka wodospadów. Chyba największe wrażenie zrobiły na nas Bourkies Luck Pothols - czyli tzw.kości ziemi. Trudno opisać w kilku słowach co matka natura stworzyła. Jak piękne mogą być skały. To trzeba zobaczyć i choć częściowo mgła unosiła się nad Black Riwer Canon to widoki zapierały dech w piersiach. RPA to kraj piękny i ciekawy. Bogactwa naturalne jak złoto i diamenty to jedno, ale prawdziwym bogactwem jest przyroda fauna i flora. W parku Krugera - głównej atrakcji turystycznej RPA - gdzie po ulicach przechadzają się słonie, samotny mały żółw potrafi zatrzymać ruch, a na środku ulicy stadko likaonów ucina sobie sjestę i nic ich nie wzrusza. Ale dzięki temu jest okazja do zrobienia nowych fotek. I długo by jeszcze opisywać choć w Parku Krugera byliśmy zaledwie 10 godz. Zwiedziliśmy tylko niewielką cząstkę, zobaczyliśmy tylko kilkanaście rodzajów zwierząt i ptaków i aby w pełni poznać całe piękno tej okolicy to jest to propozycja następnej kilkudniowej wyprawy skierowanej na Park. Ostatnim punktem na naszym planie było Sun City i Lost City. Wreszcie trochę laby, kąpiel w basenie ze sztuczną falą, gorący piasek, magia miejsca, piękna przyroda.

Na koniec wracając do Johannesburga zaliczyliśmy potężną burzę. Skończyła się przygoda. Zrobiliśmy w ciągu 16 dni ponad 7000 km. Pomimo tego nikt nie odczuwał zmęczenia. Ktoś zapyta co mi się podobało najbardziej. Nie potrafię jednoznacznie odpowiedzieć. Wszystko co widziałam, czego doświadczyłam było piękne, niepowtarzalne i niezapomniane. To Gosia - osoba, która tam mieszka, która pokochała ten kraj - potrafiła przekazać nam w pigułce to co najpiękniejsze, a zdjęcia będą nam przypominały o wspólnie przeżytych chwilach. Być może uda mi się tam kiedyś powrócić. Z żadnym biurem podróży nie zobaczyłabym tego wszystkiego. Gosiu wielkie dzięki.

Irena Krasińska