PL EN

Wyprawa Romka i Maćka

"Ślepej kurze ziarno się trafi", więc nie powinno tak bardzo dziwić, że i mnie szczęście to w postaci niecodziennej przygody się przytrafiło. Po kilkudziesięciu latach nawiązałem kontakt z koleżanką z czasów szkoły podstawowej. Gosię - bo o niej mowa - los rzucił na południe Afryki do RPA. O kraju tym wiedziałem, że istnieje i na tym wyczerpywała się moja wiedza o nim, aż tu nagle otrzymałem zaproszenie od Gosi i nadarzyła się okazja do podróży życia, do odwiedzenia kraju bardzo tajemniczego i egzotycznego dla mnie. Nie wiedząc z iloma dzikimi plemionami przyjdzie mi się zmierzyć i ilu groźnym zwierzakom będę musiał spojrzeć w oczy szukałem towarzysza do tej wyprawy. Szukałem długo i daleko a znalazłem w firmie, w której pracowałem. Maciek, kolega z pracy, młody, niezależny finansowo, bardzo ciekawy Świata i co najważniejsze silny i sprawny fizycznie. To gwarantowało bezpieczeństwo starszemu panu czyli mnie :)

I stało się! Kraków-Balice, styczeń 2009. U nas środek zimy, kilka stopni poniżej zera, błoto pośniegowe, szaro, brudno i ponuro. Wylatujemy około 18-ej do Frankfurtu, aby z niego już po 21-ej wylecieć w całonocną podróż do Johanesburga. 80% mego bagażu stanowi sprzęt spadochronowy, bo który skoczek zrezygnowałby z okazji wykonania skoków pod afrykańskim niebem. Z naszą uroczą gospodynią wiąże mnie dodatkowo pasja lotnictwa. Gosia były pilot a obecnie skoczek spadochronowy sama namówiła mnie do zabrania sprzętu. Następnego dnia przed południem lądujemy w Johanesburgu, w środku lata. Aż wierzyć się nie chce! Gosia z mężem Krzyśkiem odbierają nas z lotniska i jedziemy około 100 km do Carletonville miejsca zamieszkania sympatycznych gospodarzy.

Od pierwszych chwil każdym zmysłem, cząstką ciała chłoniemy Afrykę. Pierwszy szok, czemu tu tak zielono? Czego się spodziewaliśmy? No sam nie wiem... Może wypalonej słońcem ziemi, słoni biegających po szosie, półnagich tubylców wokół nas... Takie mieliśmy wyobrażenie o tym kraju. Gospodarze od początku "wychodzili z siebie", aby pokazać nam jak najwięcej - choć trzy tygodnie to naprawdę stanowczo za mało na zwiedzenie tego niezwykle urokliwego kraju. I tak udało nam się przemierzyć parę tysięcy km po RPA. Przez tydzień byliśmy na wschodnim wybrzeżu nad Oceanem Indyjskim. Drugi tydzień spędziliśmy w Kruger Parku (trzecim co do wielkości parku krajobrazowym na świecie) zwiedzając i jego okolice - wystarczy pooglądać zdjęcia aby zdać sobie sprawę, że było czym się zachwycać. W trzecim tygodniu zwiedzaliśmy sam Johanesburg z jego atrakcjami. No i weekendy które spędzaliśmy u gospodarzy regenerując siły i ... skacząc. Tak bo w Carletonville ma swoje lotnisko sekcja spadochronowa z Johanesburga. Udało mi się wykonać 14 skoków a i Maciek skoczył raz w tandemie i spełnił tym samym warunek jaki mu postawiłem przed wyjazdem.

RPA dostarczyła nam niesamowitych wrażeń i ciepła. Doświadczyliśmy niezwykle serdecznego przyjęcia ze strony Gosi i jej męża Krzyśka. Czas odjazdu musiał w końcu nadejść, a my widząc tyle musieliśmy go opuścić z poczuciem jakbyśmy tak mało widzieli. Wyjeżdżaliśmy więc z mocnym postanowieniem, że jeszcze tu wrócimy. Marzę aby los pozwolił mi tam jeszcze postawić stopę. W kraju w którym Bóg umieścił Świat cały. I wiem, że również Maciek zafascynowany tą podróżą wracał ze mną do kraju z mocnym postanowieniem powrotu na Czarny Ląd.

Zimno, szaro i ponuro przywitała nas lutowa Polska. Raj z jego aniołami, gospodarzami naszymi został kilkanaście tysięcy na południu. Gosiu i Krzysztofie, dziękujemy gorąco i dłużnikami pozostajemy. Dzięki !!!