PL EN

Z Kanady i Austrii - cz. 5

Z dalekiej Kanady i Austrii cz.5

Sierpień i wrzesień na południu Afryki

Wybierając się do Afryki, co od dawna było na mojej liście do zrobienia zanim wiek i siły już na to nie pozwolą, postanowiłam skontaktować się z byłą koleżanką z lat szkolnych, Małgosią… Zobaczyłm jej stronę internetową, co nieco przeczytałam o jej wyczynach i niekonwencjonalnych wyprawach i poprosiłam o ułożenie trasy oraz przyłączenie mnie do jakiejś grupy… Przysłała mi bardzo szybko plan, który prześledziłam trochę na mapie, trochę na stronach internetowych i mimo przestróg moich przyjaciół i sceptycznie nastawionych do tego typu wycieczek krewnych wykupiłam bilet….

No i przygoda się zaczęła… Grupa, która się pojawiła to urocze małżeństwo z Austrii, z którym od razu sie zżyłam i mieliśmy super czas. Program był bardzo napięty, nastawiony na maksymalną ilość wrażeń. Zjechaliśmy RPA od dołu do góry, odwiedzając sześć prowincji, z ciągle zmieniającymi się krajobrazami, strefami klimatycznymi, różnorodnościami flory i fauny.. Było co podziwiać. Od metropolijnego Kapsztadu z Górą Stołową (obecnie na liście Unesco siedmiu cudów świata) i kolonią pingwinów, poprzez ciągnące się winnice, sady, kwitnące pustynie (wszędzie piękne kwiaty, co jest zaletą, gdy jedzie się na wiosnę), skalne pustynie z formacjami, a potem zarośla (tzw. bush) oraz sawanna… Odwiedziliśmy Durban z piękną plażą i pozostałościami z World Cup (ciekawy stadion), dojechaliśmy aż do północy - tam przekroczyliśmy granicę BOTSWANY, aby kontynuować safari …

Zakwaterownie bardzo wygodne, prawie 4-5*, wszędzie grzeczna obsługa i bardzo dobre jedzenie - widać, że dba się o turystę.Gosia wszędzie zabiegała, żeby serwis był na 100% i byśmy byli w stanie zobaczyć jak najwięcej. Poranna pobudka, choć na początku dawała mi się we znaki (nie należę do osób co lubią wcześnie wstawać, poza tym miałam różnicę czasu 6 godzin) ale dawała szanse zobaczenia budzącej się przyrody. Zwierzęta albo kończyły nocne polowania i szły na spoczynek, albo budziły się do akcji.. Tyle można było zaobserwować... Wieczorne wyprawy należały do najbardziej ulubionych.. Nie da się opisać zachodów słońca, ze stojącym na skarpie słoniem, i przechodzącymi dołem żyrafami… Trudno opisać kolor nieba na tle baobabu albo akacji tak charakterystycznej dla tej części świata, no i ta otaczająca zewsząd cisza…

Po Botswanie, pojechalismy do UKUTULI, miejsca magicznego, gdzie można z bliska obejrzeć lwy, cheetah hieny oraz dotknąć, pogłaskać maluchy… Urocze zdjęcia, niezapomniane przeżycia… po czym przyszło mi się rozstać z grupą, która podążyła do Zambii aby obejrzeć wodospady Wiktorii…

Wracając 18 godzin w samolocie myślałam, czy warto było tak daleko się powłóczyć i od razu stwierdziłam, że TAK! Bycie w RPA warte każdej chwili i emocji. Żegnając się z Afryką, mówiłam sobie, że to nie jest koniec przygody… Już planuję powrócić!

Dziękuje Gosiu, I do nastepnego…

Majka z Kanady